Obudziłam się ze strasznym bólem głowy. No tak wczorajsza impreza. Kac morderca nie ma serca. Sięgnęłam po telefon. Spojrzałam na ekran. "1 nieodebrana wiadomość"
"Sprawy sercowe :( "
"Łoho, grubo :D Jutro po treningu pogadamy, okey?"
"Opcja "Psycholog Nica" się włącza? :D "
"No powiedzmy, dobra ja śpię :* "
"Branoc ^^ Ale wiesz, że jest 9:00?"
Schowałam głowę w poduszkę i zamknęłam oczy. Niestety nie dane było mi dłużej pospać. Do pokoju wpadł Dani, Sergio i Adriano.
-Wstawaj, szkoda dnia! Wstawaj! -zaczęli śpiewać.
-Spierdalajcie! - powiedziałam i wystawiłam środkowy palec.
-Złość piękności szkodzi. -zaśmiał się Correia.
-Jak wstanę, to zrobicie mi śniadanie? -zapytałam chytrze.
-Może? -zorientował się o co chodzi Busquets.
-Jak tak to tam są drzwi. -powiedziałam i pokazałem palcem na drzwi.
-Nooo... okey. -zgodził się Dani. -A co pani sobie życzy?
-Eee... naleśniki!
-Mogą wyjść spalone, ale niech będzie.
-Jak wyjdą spalone, to będziecie robić jeszcze raz! A teraz wypierdalać!
-Dobra już idziemy. Nie chcesz nas to nie. -powiedział smutny Sergio i teatralnie pociągnął nosem. Po czym wyszli.
Spokój. Wreszcie spokój!
-Nicaaaaaa! -usłyszałam głos z pokoju obok.
Zgramoliłam się z łóżka. Włożyłam na nogi kapcie- świnki i ruszyłam w stronę dochodzącego głosu.
-Victor? Znowu coś rozwaliłeś? -zapytałam poirytowana.
-Tym razem to naprawdę przez Marca!
Bartra pokazał środkowego palca dla Valdesa.
-Spokój! To już 2 wazon rozbity za jednym pobytem! Wasz rekord wynosi 5 wazonów za jednym pobytem. Jeszcze trochę i pobijecie swój własny rekord, gratulacje!
-No, ale to Bartra wymyślił żebym rzucił do niego ten wazon a on go przyjmie na kolanko! Ale ten ćwok nie przyjął no i wazon się rozwalił! -wytłumaczył bramkarz.
-Bo go źle podrzuciłeś, inteligencie! -krzyczał Bartra.
-Do posprzątania. Tam w kącie leży zmiotka i szufelka. -wytłumaczyłam i wskazałam na przestrzeń obok pralki.
-A jak się skaleczymy? -rzekli chórem.
-To wtedy podmucham. -rzuciłam i przewróciłam oczami.
Zeszłam na dół, a tam istne pobojowisko. Jak by wybuchła tam bomba atomowa! Po podłodze walały się ludzkie "szczątki". Ledwo powstrzymywałam się od wybuchnięcia śmiechem. Schodząc ze schodów potknęłam się o leżącego pod nimi Mascherano.
-Ciebie to już do reszty pojebało! -krzyknęłam.
-Cicho... łooo moja bańka. -powiedział. Po czym wstał i zatoczył się. Gdyby nie ściana z nim pewnie by upadł budząc resztę.
-Masz tabletki na łebek i wodę. Idę budzić resztę. -dałam mężczyźnie tabletki i ruszyłam do salonu.
W salonie spali jeden na drugim. Puyol spał na Pinto, Shakira na Gerardzie. I jeszcze nie wiem jakim cudem znalazł się tu Iker Casillas, który siedział jak gdyby nigdy nic na kanapie i przeskakiwał z kanału na kanał.
-A ty co? Skąd tu? -spytałam zaskoczona.
-Gerard zadzwonił po mnie jakoś o 2 w nocy, pieprzył, że rucha jakąś Leonę Lewis. No i muszę porozwozić ludzi do domu.
-Aha! -stwierdziłam i rzuciłam mu się na szyję. Znamy się z zgrupowań Hiszpanii. Równy facet.
-Czemu nie wziąłeś Ramoska? Impreza bez niego to nie impreza. -uśmiechnęłam się na samo wspomnienie ostatniej imprezy w hotelu.
-No niby tak. -zgodził się Iker i pomachał twierdząco głową.
-Chodź pomożesz mi. Trzeba pobudzić tych pojebusów. -zaśmiałam się.
-Przeklina, czyli jest w miarę trzeźwa. Idę. -również się zaśmiał.
-Jestem w miarę trzeźwa, więc mogę ci przywalić! -zdenerwowałam się.
Mężczyzna wyszeptał mi na ucho kilka słów, po czym uśmiechnął się zachęcająco. Odwzajemniłam uśmiech. Po chwili maszerowaliśmy dumnie, po salonie bijąc drewnianymi łyżkami w patelnie. Hałas przyniósł zamierzony efekt. Wszyscy zerwali się na równe nogi nie wiedząc co się właściwie dzieje.
-Nica! Ciebie do końca pojebało? -krzyknął Pique.
-Emmm... tak. -zaśmiałam się. -Jak ci się ruchało Leonkę?
-Jaką kurwa Leonkę? -zdziwił się Geri.
-A co mówiłeś dla Ikera przez telefon? -nadal się śmiałam.
-Noo... nie pamiętam.
-To ja ci przypomnę. -do rozmowy wtrącił się bramkarz "Królewskich" -Zadzwoniłeś o 2 w nocy i gadałeś, że ruchasz Leonę Lewis, geniuszu!
-Coo? Na prawdę? Sorki. -odpowiedział zmieszany.
-Luuudziska! Ja chcę oglądać serial! -krzyknął Xavi schodząc ze schodów i głośno ziewając.
-Jaki serial? -zaciekawiłam się.
-"Angel Rebelde"!
-Te gówno? Ty to oglądasz? -zaśmiałam się.
-Ejj! Nie obrażaj mojego serialu! -udał focha i tupnął nogą jak małe dziecko.
-Dobra włączajcie i dobudźcie resztę. Ja zaraz przyjdę. -odpowiedziałam.
Weszłam po schodach i otworzyłam drzwi do swojego pokoju.
-Co by tu ubrać? Hmm... -mówiłam na głos.
-Pomóc? -zapytał głos dochodzący z okolic drzwi. Obróciłam się i zobaczyłam stojącego w drzwiach Cesca.
-Więc Francescu, chcesz mi pomóc? -zapytałam wyniosłym tonem.
-Tak, Veronico, chcę ci pomóc. Ale za Francesca masz wpierdol! -krzyknął i rzucił się na mnie, przy okazji łaskocząc.
-Ejj! Puść mnie... hahaha... puść! Hahaha... zostaw no... hahaha... zejdź! -krzyczałam między atakami śmiechu.
-Dobra puszczam. A teraz pokaż ubrania. -rzekł.
-Emm. tam masz szafkę. -wskazałam na mebel stojący w kącie pokoju i usiadłam na kanapie.
-Te spodnie są mają fajny kolor, ale brzydki krój. Hmmm... bluzka jest fajna, i te buty. -mówił zerkając to na ubrania to na mnie i moją piżamę.
-Mam! -wykrzyknął i pokazał mi zestaw, który mi wybrał. Zobaczywszy ciuszki i uniosłam kciuk w górę.
-Wyjdź będę się ubierać. -powiedziałam.
-Na pewno mam wyjść? -zamruczał mi do ucha.
-Na pewno. -odsunęłam go od siebie. Ustawiłam w kierunku drzwi i lekko popchnęłam.
-Na pewno mam wyjść? -powtórzył pytanie stając w drzwiach.
-Na pewno zboczeńcu! -zaśmiałam się.
Cesc odszedł z miną zbitego psiaka. Pokręciłam głową z niedowierzaniem i zaczęłam się ubierać.
***
Chłopcy siedzieli na kanapie, zanosząc się płaczem.
-Jose, nie wychodź za tego palanta! Wyjdź za Fredericka. Emanuel nie jest ciebie warty! -mówił przez łzy Andres.
Spojrzałam na wszystkich ledwo powstrzymując śmiech.Podeszłam do chłopaków z paczką chusteczek w ręku.
-Chusteczkę? -zapytałam słodkim tonem.
-Możesz dać. -odpowiedział Puyol, po czym zawył przeciągle.
-Jose! Wybierz Fredericka, przyniósł czekoladki. -szlochał Hernadez.
-Wam się już w dupach poprzewracało. -zaśmiałam się.
-Jose, nie! -szlochał mój braciszek.
-Koniec! -krzyknęłam i nacisnęłam czerwony guzik na pilocie.
-Ej! Chciałem to obejrzeć! -jęknął Xavi wycierając łzy.
-Obejrzysz powtórkę. -wytłumaczyłam spokojnie.
-Co powiecie na naleśniki?! -krzyknął z kuchni Adriano.
-Idziemy! -krzyknęliśmy zgodnie.
Nie wiem jakim cudem przy 6 osobowym stole zmieściło się 18 osób. Wszyscy zajadali się naleśnikami z dżemem i nutellą zrobionych przez Sergio, Daniego i Adriano.
-Kogo już odwieźć? -zapytał Iker po zjedzonym śniadaniu.
-Nas możesz. -zgłosiła się para bramkarzy Dumy Katalonii. -Fajnie było, ale my spadamy.
-Paaa! -pożegnaliśmy się.
Gdy Iker wrócił już z powrotem, w celu odwiezienia reszty Fabregas spytał Pique:
-Mogę zostać?
-Pewnie. Zostań.
-Dziękuję! Jesteś najlpsiejszym przyjacielem na ziemi! Lepsiejszego nie znajdę! Gdyby nie ty znowu spędziłbym wieczór z piwem w ręku przed telewizorem.
-No i spędzisz, ale będziesz z nami. -powiedział Gerard i wcisnął piwo przyjacielowi i mi.
-To co może Kac Vegas? -zaproponowałam.
Po chwili siedzieliśmy na kanapie z czipsami i piwem oglądając komedie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz